czarownik

afrykański czarownik,
zdjęcie zrobiłam na Zanzibarze

"Muszę być gotów porzucić to czym jestem, by stać się tym, kim będę."
______________________________________________________________________ Albert Einstein

Sfera psychiki człowieka, jeżeli chodzi o jego wyleczenie z choroby i zachowanie zdrowia, jest wciąż nie do końca zbadana.
            Efekt placebo (z łaciny: "będę się podobał") znany był już w średniowieczu. Medycy dokonywali przedziwnych zabiegów, także chirurgicznych (dzisiaj wiemy, że nie mających nic wspólnego z leczeniem danej jednostki chorobowej), a jednak pacjenci zdrowieli. Przy łóżku chorego rozmawiali tylko po łacinie wiedząc, że to jest lepsze dla jego samopoczucia. Podczas badań służących wdrożeniu nowych leków zwykle testuje się grupę pacjentów środkiem placebo. Wiadomo również, że zastrzyk jest skuteczniejszy od tego samego leku podanego doustnie, a wygląd czy kolor tabletki wpływa na siłę jej oddziaływania.  Sama się przekonałam jak działa placebo, gdy podając starszej osobie na "potworny ból głowy" pigułkę z wapnia i magnezu, i nie tłumacząc co to jest, uzyskałam efekt pozbycia się bólu ze skutkiem natychmiastowym. Nie miałam wówczas żadnego innego leku pod ręką, nie sądziłam, że skuteczność placebo może być aż tak spektakularna. Także działanie homeopatii przez część świata medycznego uważane jest za efekt placebo, chociaż ja akurat, z tym się nie zgadzam. Skuteczność szamanów, dziwnych praktyk, czarów, to wszystko medyczny cywilizowany świat klasyfikuje jako siłę oddziaływania psychicznego. Zadziwiające, udokumentowane, całkowite znikanie guzów nowotworowych, także z przerzutami, wciąż jest mało badane, a w takich sprawach lekarze doszukują się pomyłki we wcześniejszej diagnozie. Niewielu jest na tyle odważnych, by takie samoistne remisje opisać, przedyskutować i wyciągnąć z nich wnioski. To przecież tylko nieliczna grupa nietypowo uzdrowionych chorych, więc medycy z reguły uważają, że nie warto się tym zajmować, zwłaszcza, że ucierpieć może zawodowa reputacja.

            Efekt nocebo (z łaciny: "zaszkodzę") jest równie silny jak efekt placebo i jest jego odwrotnością. Na skutek oddziaływania psychiki można osiwieć, stracić wzrok, czy władzę w kończynach. Jest mnóstwo takich opisanych przypadków. I wcale nie zawsze są to nagłe traumatyczne przeżycia, czasami jest tak, że człowiek całymi dniami zagłębiony we własnym lęku, doprowadza się w końcu do takiego stanu jakiego właśnie się obawia. Piotr Kossobudzki napisał kiedyś w "Przekroju" artykuł o chorych z przekonania. Omówił przypadki ludzi, którzy zmanipulowani przez eksperymentujących, uwierzyli w negatywne skutki uboczne terapii i faktycznie je mieli. Człowiek śmiertelnie chory, wcześniej zaczarowany przez szamana voodoo nie miał żadnych fizycznych objawów, a jednak naprawdę umierał. Pokonano chorobę posługując się manipulacją, która zadziałała na psychikę. Bardziej podatni na zjawisko nocebo okazują się ludzie lękliwi, ze skłonnością do depresji. Także tacy, którzy mieli różnego rodzaju dolegliwości przez dłuższy okres czasu albo hipochondrycy. Niezbyt dobrze jest, gdy punkt po punkcie analizują z ulotki skutki uboczne leku, gdyż później sami ich doświadczają. Dowiedziono, że nawet uczulenie na penicylinę występuje częściej u pacjentów, którzy się tego obawiają.

            Serge Kahili King pisze w swojej książce, że choroba to zachowanie wyuczone, tak jak wszystko w naszym życiu. Organizm uczy się chorować, powtarzając znane mu symptomy, a korzyść z choroby to zredukowanie stresu, więc podświadomie do niego dąży. Nie musimy wówczas iść do pracy, ktoś z rodziny albo służby zdrowia, pochyla się nad nami i daje opiekę. Jesteśmy usprawiedliwieni i zwolnieni z obowiązków - bo chorujemy. I wcale nie robimy tego specjalnie. Często podświadomość tworzy nam fizyczną chorobę, gdy nie możemy udźwignąć stresu i lęku. Czytałam o przypadkach bólu kręgosłupa wywołanego ciężkim do zniesienia trudem psychicznym i znam to z doświadczenia w pracy z młodymi ludźmi. Widzę znajomych żyjących w ciągłym stresie i zagrożeniu, których w kółko atakują somatyczne choroby, a one z kolei generują następne lęki. No i mamy sprzężenie zwrotne dodatnie, zjawiska się wzmacniają, a wyjść z tego zaklętego kręgu jest coraz trudniej. Klasyk literatury dotyczącej tych tematów, Joseph Murphy pisze, że podświadomość przyjmie i urzeczywistni wszystko, w co wierzy świadomość. Jeśli myśli się pozytywnie, to dobre rzeczy staną się rzeczywistością, a jeśli negatywnie, to taki właśnie los sobie zgotujemy. Zaznacza, że w każdej chwili życia jesteśmy tym, co myślimy. Beata Pawlikowska, znana podróżniczka, wydała serię książek (za którą została nagrodzona) dotyczących radzenia sobie z podświadomym kreowaniem swojego losu. Autorka pisze: "Wszystko, co cię otacza, ma wpływ na to jak się czujesz, myślisz i zachowujesz. Twoja podświadomość jest jak glina kształtowana przez palce najbliższej rzeczywistości, a twoje życie jest jak garnek z niej ulepiony." Twierdzi, że możemy wpływać na podświadomość i zmienić całe swoje życie, pod warunkiem, że jesteśmy uparci i konsekwentni. Jej oddziaływanie bowiem, nie zawsze jest dla nas zdrowe, bo organizm korzysta ze starych ścieżek, które owszem były dobre, ale kiedyś. W konkretnej sytuacji podświadomość zwykle samoistnie obiera drogę łatwą, sobie znaną i już przetartą. Zareagujemy jak zawsze, czasami bardzo źle. Według pani Beaty ucząc się od dzieciństwa, przyjmując informacje z otoczenia, wdrukowujemy sobie pewne ścieżki, według których potem odruchowo działamy, w nieuświadomiony, automatyczny sposób. Szkopuł w tym, że w nowszej rzeczywistości te wzorce już nie zawsze są dla nas korzystne (choć nasza podświadomość akurat za takie je uważa). Autorka podaje sprawdzone recepty na to, jak można to zmienić i zakodować sobie nowe, zdrowe szlaki reagowania i zachowania.

dalej