motylek

mniej więcej 55 lat temu…

Uwielbiam oglądać reportaże o aktywnych i zdrowych stulatkach!

Może dlatego, że wiele lat mieszkaliśmy pod jednym dachem z wujkiem, który ze sprawnym umysłem i ciałem dożył prawie setki. Zmarł w 2005 w wieku 98 lat, nie budząc się ze swojej zwykłej, popołudniowej drzemki. Często przywołujemy jego życiowe powiedzonka i staramy się brać przykład z tego jak żył. Podziwiam stulatków z Okinawy, Sardynii, Kostaryki czy Peru. Już wiem, że aby czuć się zdrowo, trzeba się prosto odżywiać i jeść dużo warzyw. Wypróbowałam to na sobie. Nie pić, nie palić, nie nadużywać leków (czyli wyprodukowanych przez ludzi chemicznych związków) i dużo się ruszać.

W każdym okresie życia warto przejść na skromną dietę, nawet w późnej starości, to zawsze działa i redukuje wiele dolegliwości. Mam jednak świadomość tego, że najpewniejszą podstawą zdrowia i długowieczności jest taki sposób życia praktykowany już od dziecka. Pokolenie dzisiejszych 80 - 100-latków dorastało w siermiężnych, wojennych czasach, gdy odżywiano się bardzo skromnie. Słodyczy nie było, cukier używany był rzadko, mięso spożywano tylko jako danie świąteczne. Nie było szeroko dostępnych środków komunikacji, przemieszczano się pieszo, rowerami. Choroby takie jak nowotwory, zawały serca albo alergie - były rzadkością. Antybiotyków nie było... Młodzi ludzie byli szczupli, ruchliwi i zdrowi, nie bali się ciężkiej fizycznej pracy. Z taką bazą, ma się duże szanse na dożycie przysłowiowych 100 lat. Niestety, nastał dobrobyt czasów powojennych i wiele osób z tamtego pokolenia zmarnowało swoją szansę. Zaczęło się pieczenie ciast, jedzenie słodyczy, przejadanie się pokarmami zwierzęcymi. Teraz - chorują na wszystkie cywilizacyjne choroby. Tacy jak mój wujek, nie bardzo zmienili swoje przyzwyczajenia. Do końca jadł bardzo mało, tyle co się mieści na dłoni, nie brał żadnych lekarstw i dużo się ruszał na świeżym powietrzu. Wygrał zdrowe i długie życie...

Moje pokolenie 50 - 60-latków ma dużo gorzej. Urodziliśmy się po drugiej wojnie światowej i nasze dzieciństwo, chociaż w skromnych czasach, przebiegało już nieco inaczej. Jedliśmy całkiem sensownie, ale niestety, coraz częściej karmiliśmy się słodyczami. Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką uwielbiałam irysy, a gdy nie było w domu słodyczy, cukierki gotowaliśmy z cukru... Medycyna wówczas zachłysnęła się osiągnięciami w produkcji nowych leków. Byłam dzieckiem, które w szkole podstawowej było regularnie szpikowane penicyliną. Na szczęście, nie siedziałam w domu, zabawa "na podwórku" była normą. Moi młodsi koledzy byli leczeni już dużo szerszą gamą antybiotyków i innych medykamentów.  Prognoza na długie i zdrowe życie słabła wraz z kolejnymi rocznikami dzieci.  Coraz częściej lekarze pomijali przepisywanie witamin, a rola takich minerałów jak magnez była bagatelizowana. Wystarczy choćby przywołać postać profesora Juliana Aleksandrowicza, wielkiego badacza mikro i makroelementów, którego osiągnięcia były w kraju wręcz lekceważone.

A obecne maluchy? Faszerowane są ogromną ilością lekarstw i dodatkowo szkodliwą  "chemiczną żywnością". W dodatku mało wychodzą z domu, bo mając w ręku ciekawą grę elektroniczną, nie czują takiej potrzeby... Licealna młodzież "wisi na Facebooku" i nie dość, że uczniowie nie przebywają na powietrzu, to jeszcze mają mocno ograniczone zwyczajne, zdrowe kontakty międzyludzkie. Rośnie nam pokolenie, które żyje z prognozą na krótsze życie, nękane ogromem alergii i chorób autoimmunologicznych.

Co możemy zrobić? Postarajmy się o DOBRĄ BAZĘ dla naszych dzieci, w postaci skromnego odżywiania i dużej dawki ruchu na świeżym powietrzu. W Skandynawii jest fajny zwyczaj częstowania maluchów słodyczami tylko w soboty, może warto spróbować? Dajmy sobie i swoim dzieciom podstawę dla długowieczności, cieszmy się świeżym powietrzem, słońcem, zajadajmy zieleninę i czasami głodujmy. To wszystko stymuluje nasz układ immunologiczny do właściwej pracy. Jeśli mamy już "swoje lata", to nie żałujmy tego, że zmarnowaliśmy młodość, bo nie żyliśmy jak należy. Zawsze jest dobry czas na zmianę, dlaczego nie zacząć jej właśnie teraz? Nastawić się na nowo na właściwe tory? Nasze ciało ma przecież sporą zdolność regeneracyjną i prawdopodobnie niezwykłą zdolność do nastrojenia się na pierwotne, zdrowe ustawienia. Nie odrośnie nam wprawdzie utracona kończyna, ale mnóstwo komórek, całych tkanek i szlaków metabolicznych cyklicznie się odnawia. Jeśli nie niszczymy naszych dobrych kodów genetycznych używkami, truciznami, lekami, to komórki odradzają się zdrowe, takie same jak były. Dajmy im tą szansę, pozwólmy zwolnić tempo nieuniknionym procesom starzenia, a pożyjemy w większym fizycznym komforcie i dobrym humorze do sędziwego wieku. Chciałabym kiedyś, tak jak w "Operacji mikro" wejść do swojego ciała, zajrzeć do komórki, obejrzeć linie produkcyjne białek, enzymów, hormonów. Sprawdzić czy wszystko działa bezbłędnie. Niestety, jest to niemożliwe. Nikt z nas nie wie, ile uszkodzeń mają jego taśmy produkcyjne (DNA), ale możemy przecież coś zrobić. Możemy się postarać, żeby tych uszkodzeń było jak najmniej! To tylko trochę chęci i wyrzeczeń, ustawmy sobie DOBRĄ BAZĘ "od zaraz" i dożyjmy magicznej setki w pełnej sprawności :)


Mój stuletni wujek często mawiał: "Życie to walka." Dodałabym teraz za Paulem Coelho:
"W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca." 

29.03.2016