kwiaty w maluchu

po zakończeniu
roku szkolnego 1992/93;
mój Fiat 126p jest pełen kwiatów...

kilka migawek ze szkolnego życia

„Nauczyli mnie mnóstwa mądrości, Logarytmów, wzorów i formułek,
Z kwadracików, trójkącików i kółek Nauczali mnie nieskończoności.

Rozprawiali o 'cudach przyrody', Oglądałem różne tajemnice:
W jednym szkiełku 'życie w kropli wody',
W innym zaś - 'kanały na księżycu'.

Mam tej wiedzy zapas nieskończony; 2piR i H2S04,
Jabłka, lampy, Crookesy i Newtony,
Azot, wodór, zmiany atmosfery.

Wiem o kuli, napełnionej lodem,
O bursztynie, gdy się go pociera...
Wiem, że ciało pogrążone w wodę
Traci tyle, ile... etcetera.
[...]
I nic nie wiem, i nic nie rozumiem,
I wciąż wierzę biednymi zmysłami,
Że ci ludzie na drugiej półkuli
Muszą chodzić do góry nogami. "
[...]
                          Julian Tuwim

„Nauczyciel ociera się o wieczność. Nigdy nie może stwierdzić, gdzie kończy się jego wpływ."

Henry Brooks Adams - amerykański historyk

           Do pracy w szkole trafiłam w wyniku koincydencji przypadkowych zdarzeń. Byłam wówczas na urlopie dziekańskim w akademii medycznej, gdyż zbliżał się mój ślub oraz chciałam zyskać czas do zastanowienia nad tym, jak i co dalej mam studiować. Moja przyszła teściowa, nauczycielka z długoletnim już stażem w szkołach w Jastarni i Juracie zapytała, czy zechciałabym w tym okresie uzupełnić vacat biologa, którego zabrakło w Szkole Podstawowej w Kuźnicy; była to sprawa pilna. Placówki oświatowe na Półwyspie Helskim tworzyły wówczas wspólnie administrowany - zespół szkół. Zdecydowałam się i od razu wpadłam po uszy :)

              Ośmioklasowa, niewielka szkoła w Kuźnicy była wówczas, w 1981 roku, reliktem minionej epoki. Na podwórku stał drewniany, przewracający się podczas sztormów wychodek, w kranie kapała zimna woda, a w klasach grzały kaflowe piece. Nie było porządnego boiska i sali gimnastycznej. Wiekowy budynek generalnie się sypał, ale stał w pięknym miejscu, na wysokim brzegu Morza Bałtyckiego - widok z okien pokoju nauczycielskiego był zachwycający. Kilka metrów obok, co jakiś czas przejeżdżał pociąg i wszystko się trzęsło. Moje zajęcie uważałam za 'pracę u podstaw', bo taka była. Kiedy pani z obsługi poszła na zwolnienie lekarskie, sami paliliśmy w piecach i zamiataliśmy sale lekcyjne. Gdy weszło zarządzenie o mleku dla każdego ucznia, do malutkiego pokoju nauczycielskiego wstawiliśmy wielki garnek i na maszynce elektrycznej gotowaliśmy dzieciom to mleko... potem była licytacja czyja jest teraz kolej szorowania gara :P Z pracą w tej szkole rozpędziłam się do tego stopnia, że często do domu wracałam wieczorami. Szybko zrozumiałam, iż ewentualne słabe wyniki 'moich dzieci' to wyłącznie moja wina i pilnie pracowałam nad tym, żeby doskonalić swoje metody nauczania. Prowadziłam kółko LOP, PCK, koło biologiczne i założyłam grupę teatralną. Uczyłam nie tylko biologii, także paru innych przedmiotów. Ze starej piwnicy z węglem wyciągnęliśmy ponad 700 książek(!), które ambitnie wpisałam do księgi inwentarzowej, bo nigdzie nie były zarejestrowane. Potem mogliśmy spisać ze stanu niektóre 'dzieła', np. Stalina. Wysprzątaliśmy niewielkie pomieszczenie i mogłam utworzyć bibliotekę, którą dyrektor regularnie zaopatrywał w nowe książki. Dzieciaki w Kuźnicy były chłonne i bardzo grzeczne, trafiały się też jednostki wybitne. Praca ta wciągnęła mnie na tyle, że odczułam ją jako wielkie powołanie. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym ile zarabiam i jakie daje ona profity. Nigdy też nie zapomnę tego początku, który nadał zupełnie inny kierunek mojemu życiu. Wycofałam dokumenty z medycyny i poszłam studiować biologię, co okazało jedną z najlepszych moich decyzji.
           Później pracowałam w większej placówce tego samego zespołu - w Jastarni, gdyż z kolei tam zabrakło nauczyciela biologii. Klasyczna 'tysiąclatka', szkoła-pomnik. Były to już komfortowe warunki i istniało wszystko co trzeba, aby uczniowie i pedagodzy mogli się rozwijać. W mojej pracowni mieszkało stado świnek morskich, chomików i ryb. Było dużo preparatów zakonserwowanych w formalinie, szkieletów, plansz, mikroskopów i innych pomocy, lekcje mogły być bardziej laboratoryjne i ciekawsze. Zaczęłam się rozwijać dydaktycznie i przygotowywać do specjalizacji (którą później zrobiłam). Otrzymałam wówczas propozycję zostania inspektorem oświaty, ale odmówiłam - praca biurowa, to zupełnie nie była moja bajka. Po przeprowadzeniu serii lekcji pokazowych dla koleżanek z powiatu oraz paru publikacjach, namawiano mnie również na pracę wizytatora - metodyka. Wiązało się to jednak z częstymi podróżami do Gdańska i jeżdżeniem po szkołach, co także zupełnie mnie nie pociągało. Pożegnałam się z Półwyspem Helskim mając już małe dziecko, duże doświadczenie i nagrodę Kuratora Oświaty.
           Dostałam pracę w Pucku i nie musiałam już dojeżdżać pociągiem (co zabierało mi 3 godziny dziennie). Trafiłam do dużej, miejskiej, ośmioklasowej podstawówki, z której do domu wracało się z szumem w uszach. Tutaj było znacznie więcej problemów wychowawczych i należało dołożyć większych starań, żeby zainteresować lekcją swoich uczniów oraz opanować liczną grupę. Jednak dzieciaki były zdolne, zaangażowane, robiły mnóstwo dodatkowych prac. Znosiły mi do szkoły i domu różne zwierzęta, na przykład: ranne łabędzie, nadpalone na łące małe zajączki, czy pudło z nietoperzami wiszącymi na patykach... Ten okres mojej pracy (lata 90-te) wspominam jako mnóstwo zadań związanych z ekologią i ochroną środowiska, byłam już po studiach podyplomowych z tej dziedziny, a zagadnienia te stawały się wówczas bardzo modne. Pisałam scenariusze przedstawień na szkolne apele, do gazetek, urządzałam z uczniami akcje ekologiczne na plażach i wystawy dostępne szerszej publiczności. Do miejscowej Gazety Nadmorskiej, od czasu do czasu, pisałam (pod pseudonimem i gratisowo) artykuły dotyczące zdrowej żywności. Oczywiście, jak każdy nauczyciel, do nocy pracowałam dalej w domu, sprawdzając prace i przygotowując kolejne lekcje.

dalej str2