Aks

profesor Mieczysław Sadłowski

mat

na tablicy

"Zaczynacie jak lwy, a skończycie jak muchy"
                                                                                                            Aks

           W liceum chodziliśmy z moim mężem do tej samej klasy. To była klasa o profilu matematyczno-fizycznym, pierwsza taka w historii naszej szkoły, ustanowiona oficjalnie. Było nas 36 uczniów i wcale nie wszyscy dostaliśmy się do niej z powodu miłości do matematyki. Byliśmy grupą wyselekcjonowaną na drodze egzaminów wstępnych. Takie egzaminy w 1972 roku w innych liceach już nie obowiązywały, ale u nas zorganizowano je między innymi po to, aby wyłonić kandydatów do klasy matematyczno-fizycznej. Wychowawcą został emerytowany, wieloletni dyrektor szkoły. Oczywiście od razu nazwaliśmy go Dziadkiem, myślę, że miał wtedy tyle lat co ja teraz :))

           W czerwcu 2016 obchodziliśmy 40 rocznicę matury... To nie było pierwsze spotkanie naszej klasy, 20 lat po szkole już raz się zebraliśmy. Nie mogliśmy się wówczas rozstać - aż do rana. Wtedy zrozumiałam, że szkolne więzi są niezwykle silne, szczere i wrosły w nas na zawsze. Kiedy spotkaliśmy się po 40 latach, przed 60 urodzinami, znowu ożyły wspomnienia z liceum. Było ich mnóstwo i jedno jest pewne: każdemu z nas najsilniej w pamięci i sercu pozostał Aks - nasz Nauczyciel Matematyki. [To był nieprzeciętny Nauczyciel, a nasza matematyka była przez wielkie M.] Już wcześniej w szkole Profesor otrzymał pseudonim "Aks" - skrót od matematycznego aksjomatu. Akceptował to z uśmiechem, a niektórzy nasi rodzice nawet nie wiedzieli, że ten nauczyciel miał zupełnie inne nazwisko.
        Na pierwszych lekcjach dodawaliśmy sobie odwagi lekko się podśmiewując ze "starego kawalera", zresztą zdarzało nam się to także później. Był niewysoki, miał trochę krzywe nogi, wielki szpiczasty nos, kruczoczarne włosy i bardzo sympatyczną twarz. Teraz wiem jakimi dzieciakami byliśmy, nasz nauczyciel miał 36 lat i był miłym, młodym człowiekiem. Wtedy wydawał się nam dziwakiem, a jego sława najostrzejszego nauczyciela wychodziła poza liceum. Chodził z porządnym wymachem kończyn, wielkimi krokami, zawsze w lekko bikiniarskim garniturze w kratkę, białej koszuli, pod krawatem. Aks mieszkał sam, żył na minimum, w bardzo skromnych warunkach, przy złym ogrzewaniu, zawalony książkami matematycznymi i naszymi sprawdzianami. Wydaje mi się, że był tak zaangażowany w pracę, iż szkoła była jego całym światem. Żywił się w stołówce, a na długiej przerwie zjadał drożdżówkę. Był czas kiedy miał brodę i wówczas po takim śniadaniu, ku naszej uciesze, na szkolnym korytarzu wyciągał lusterko i wyczesywał okruszki :) Innym razem, przed całą szkołą, przy okazji imprez na stadionie prezentował umiejętność chodzenia na rękach i był w tym bardzo sprawny. Los sprawił mu niespodziankę, któregoś dnia wygrał nowiutką Syrenkę. Szybko zrobił prawo jazdy i z radością przez wiele lat dojeżdżał nią do szkoły, niespecjalnie przejmując się stanem tego samochodu.

           Aks był niezwykle dobrze zorganizowany. Nie pamiętam, żeby kiedyś był na zwolnieniu lekarskim. Z perspektywy nauczycielki z ponad trzydziestoletnim stażem, śmiało mogę powiedzieć, że jego metody były bardzo dobrze przemyślane, nowatorskie, a przede wszystkim skuteczne. Nie tylko nas uczył, ale także przygotowywał do studiów i życia. Na wychowanie potrafił zmarnować, a raczej poświęcić - całą godzinę. Dla nas uczniów, jego lekcje były zupełnie odmienne od wszystkich innych. Byliśmy na nich cały czas zajęci i zawsze czujni. Nikt się nie obijał, pracowaliśmy na wysokich obrotach. Mieliśmy wiele godzin matematyki w tygodniu, chyba koło 7, wówczas chodziło się do szkoły także w soboty. Aks podzielił dni na działy matematyki. Jednego dnia uczyliśmy się analizy, drugiego logiki, następnego geometrii, trygonometrii, algebry czy rachunku prawdopodobieństwa. Wiedzieliśmy na przykład, że zawsze we wtorek jest logika. Każdy z nas do końca roku musiał rozwiązywać zadania w 16-kartkowych zeszytach (jeden na tydzień). Do wakacji wypadało około 36 kajetów do zaliczenia. Aks zbierał je co jakiś czas, stawiał znaczek na każdej kartce i podpisywał na końcu, a na swojej mini karteczce, którą nosił w kieszeni marynarki, miał nasze numery z dziennika i po każdym zaliczonym zeszycie stawiał kreskę. Wymyślaliśmy cuda, żeby mieć tyle zeszytów co trzeba. Najpierw wszyscy pisali większymi literami, niektórzy wyrywali po kilka kartek, później jednak szybko okazało się, że prac domowych jest tak dużo, iż do końca roku zapisywaliśmy więcej zeszytów niż niezbędny limit. Do domu Aks zadawał co najmniej kilkanaście zadań, bywało i kilkadziesiąt. Niektórzy uczniowie podczas odrabiania prac przy ulubionej "radiowej trójce" spisywali w zeszytach tytuły utworów z listy przebojów, ale uchodziło im to na sucho, byleby obok była matematyka :)

dalej