nasze podręczniki

nasze podręczniki

lekcja

lekcja matematyki

wstecz

„Temu, kto nie zna matematyki, trudno spostrzec głębokie piękno przyrody."

Richard Feynman - fizyk, noblista

          Już na początku roku szkolnego musieliśmy zaopatrzyć się w niezbędne zbiory zadań. Aks nadawał im ciekawe nazwy od pierwszych liter nazwisk autorów, np. D-S (od Dróbka - Szymański) czy J-Ł (Jeśmianowski - Łoś). Wszyscy wiedzieliśmy z którego zbioru i ile zadań należy zrobić przez tydzień. Nowatorskim sposobem kontaktu z uczniami była gablotka. Na korytarzu szkolnym Aks wywieszał nam zadania do wykonania w określonym terminie. Nie wiem co by było, gdyby wówczas istniały komputery osobiste... mogę się tylko domyślać. Każdy z nas byłby bezpośrednio połączony z Profesorem o każdej porze dnia i nocy, zdalnie rozdawałby nam zadania i sprawdzał wyniki ;) Cały swój czas wolny poświęcał matematyce i szkole, a praca po godzinach nigdy nie była dla niego żadnym problemem. Mieliśmy też przykazane chodzić do jedynej w miasteczku księgarni i kupować książki matematyczne, które wówczas sporadycznie się pojawiały (chyba u każdego z nas do dziś tkwi gdzieś na półce szara "Kombinatoryka"). Aks zalecał je studiować, a jeśli czegoś nie rozumiemy, uczyć się na pamięć. A zrozumienie przyjdzie później - tak mawiał. Teraz wiem, że miało to sens, ale wtedy buntowaliśmy się przeciwko takiemu wkuwaniu. Zadania domowe to była poważna część samouczenia się matematyki. Z nich bowiem, na początku prawie każdej lekcji, odbywał się sprawdzian - kartkówka. Nieraz były one dość trudne, zbieraliśmy się wtedy po domach w większe grupy i uczyliśmy się razem. Niekiedy korzystaliśmy z pomocy starszych kolegów. Musieliśmy umieć rozwiązać każde zadanie, bo nigdy nie było wiadomo, które Aks podyktuje na "wejściówce". Robił nam czasami niespodzianki, wszyscy chyba zapamiętaliśmy równanie z trzema niewiadomymi XYZ. To było zadanie ze zbioru przygotowującego do olimpiad matematycznych. Ponieważ Profesor uznał je za zbyt łatwe, stwierdził, że pewnie jest błąd w druku i dwójkę zamienił nam na trzecią niewiadomą - Z. Pół Pucka próbowało je rozwiązać... i oczywiście później był z tego sprawdzian. Okazało się, że w tej postaci równanie nie miało rozwiązania ;))

           Aks nie wypowiadał się na tematy polityczne czy historyczne, raczej dawał życiowe rady, trochę opowiadał o sobie. Mimo całej swojej surowości szybko stał się kimś bardzo nam bliskim. W głębokiej komunie on jeden rzetelnie wykonywał zalecenia, które nauczyciel miał stosować, bo widział w nich sens. Lekcja winna była zaczynać się zagrzewającą do pracy piosenką patriotyczną. I on jedyny z nami to robił! Ponieważ był też muzykiem (opowiadał jak dorabiał sobie w czasach studenckich grając na trąbce), chętnie wprowadził pieśń patriotyczną na początek lekcji. W dodatku nosił trójkąt, czy kamerton i nie mogliśmy fałszować. Najpierw, była to ideowo zaangażowana "Pieśń młodości" zaczynająca się od Zakochani w polskiej ziemi, a potem zmieniliśmy repertuar. Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach Ukochany kraj, umiłowany kraj... Fajne to było, od razu nastrój robił się luźniejszy, tym bardziej, że natychmiast po śpiewaniu rozdawał swoje pożółkłe, stare karteczki na sprawdzianik - wejściówkę. Aks był bardzo oszczędny. Skromnie żył i uczył nas skromności. Czyste kartki pozyskiwał ze starych nie zapełnionych zeszytów i oddanych przez uczniów prac. Chyba gromadził je latami, czasami rozdawał tylko pół karteczki. Na sprawdzianie były nie więcej niż 3 zadania, na rozwiązanie mieliśmy tylko kilka minut. Otrzymywaliśmy tyle ocen, że nie mieściły się w dzienniku, więc Aks postanowił nie stawiać plusów ani minusów i wpisywał po dwie do jednej krateczki. Tylko pełne cyfry, wówczas: 5,4,3,2. Inne stopnie w tamtych czasach nie istniały i oczywiście nie było mowy o poprawianiu. Ponieważ każdy z nas miał u niego kilkadziesiąt ocen w semestrze, można było złapać kilka niedostatecznych i jeszcze otrzymać piątkę na zakończenie.
           Co jakiś czas mieliśmy całogodzinną pracę klasową, wówczas dostawało się czerwony stopień do dziennika. Klasówki tego typu były zalecane z góry, ale dla nas były łatwe, cała lekcja to mnóstwo czasu żeby rozwiązać kilka zadań, dostawaliśmy za nie dobre oceny. Prawdziwą miarą naszej wiedzy i umiejętności były stopnie z "wejściówek". Dalej, po odśpiewaniu i napisaniu sprawdzianu lekcja toczyła się już luźniej. Lataliśmy do tablicy losowani za pomocą kostki do gry (!). Sama potem, od czasu do czasu losowałam w ten sposób moich uczniów do odpowiedzi i wiem, że kilkoro nauczycieli, którzy wyrośli z naszej klasy, także to powtarzało. Aks podzielił 36-cio osobową grupę na 6 szóstek i losował dwoma rzutami kostką. Po tylu latach pamiętamy jeszcze te swoje kostkowe numery, ja miałam 2.5, byłam piąta w drugiej szóstce :) Niezłe emocje wywoływał w nas dźwięk kulającej się kostki, a nasz kolega Marek zawsze się stresował, bo często wypadało na niego :D Za występy przy tablicy otrzymywaliśmy kolejne oceny. Aks zabawiał się czasami, wyciągał swoje lusterko i w ten sposób sprawdzał co tam uczeń wypisuje na tablicy za jego plecami... Mniej więcej w połowie lekcji realizował kolejne zalecenie władz oświatowych, gimnastykę śródlekcyjną. A ponieważ od pewnego czasu bardzo namawiał nas do nauki angielskiego (co sam też robił), to po angielsku kazał otwierać okna i ćwiczyć. Wytypowany uczeń stawał przed klasą i pokazywał co i jak, a reszta z wielkim rozbawieniem naśladowała wymachy ramion, kręcenia tułowiem i tym podobne wygibasy. Wszystkie etapy lekcji miały odliczone minuty i po chwili rozgardiaszu grzecznie siadaliśmy w ławkach.

dalej